Dziś opowiem Wam o tym, jak wygląda przykładowy dzień pisania książki w kontekście czasu

Wiele mam w głowie opowieści o pisaniu poprzednich książek, z których każda (a było ich cztery, w tym trzy napisane jako ghostwriter) powstawała według innej strategii. Kiedyś Wam opowiem. Jednak przy żadnej z nich nie liczyłam dokładnie czasu, który spędzałam nad poszczególnymi etapami. Teraz, pracując nad nowa książką, z 5 mocnymi wywiadami na 5-lecie Klubu Miasta Kobiet, ten czas liczę.

Robię – klikam

Agnieszka Borowska-Zasada wraz z mężem zainstalowała mi w komputerze, już w ubiegłym roku, aplikację WorkTime do mierzenia czasu. Długo się z nią oswajałam. Nie byłam nawykła do klikania, że coś zaczęłam, a coś skończyłam, szczególnie, że robiłam często milion rzeczy równocześnie i co chwilę przeskakiwałam z jednej do drugiej. Nie jest to wcale dobre dla wydajności pracy. WorkTime mnie trochę motywuję, żeby tak nie skakać, żeby robić jedną rzecz w danym momencie, ale przede wszystkim pokazuje bezlitośnie, jak marnuję czas, albo nie doszacowuję czasu potrzebnego na dane zadanie, albo jak dużo czasu zajmuje mi coś, co wydawało mi się robię w minutę.

Gdy zdecydowałam się napisać książkę, pierwsze co zrobiłam to ustawiłam w aplikacji nowy projekt KSIĄŻKA. Zapisuję tam czas potrzebny na research przed wywiadami, spotkania z bohaterami książki i współpracownikami, sesje mody, omawianie spraw związanych ze składem, drukiem, promocją, redagowaniem tekstów, jednym słowem wszystko, co związane z książką (ok, nie sto procent, bo jeszcze nie osiągnęłam tego poziomu stechnologizowania, ale naprawdę chyba większość). Dziś zaczęłam redagować pierwszy z wywiadów i na podstawie danych z aplikacji będę mogła oszacować, ile zajmą mi pozostałe. Oszacować, bo pisanie to materia krucha i może okazać się, że jeden wywiad zrobię w 3 dni, a na inny będę potrzebowała tygodnia.

Przykładowy dzień pracy

Pokażę Wam przykładowy dzień pracy nad książką, właśnie ten związany z redagowaniem spisanej rozmowy. Gdybyście nie wiedzieli, to informuję, że wywiady, które czytacie w gazetach czy książkach, nie są spisaną wersją rozmowy! Transkrypcja rozmowy jest dopiero punktem wyjścia do stworzenia tekstu. Nikt nie mówi w taki sposób, żeby się dało to bez poprawek zamieścić w jakiejkolwiek formie dziennikarstwa pisanego (o tajnikach redagowania wywiadów, jeśli Was to interesuje, też kiedyś napiszę).

Oto liczby: spędziłam w redakcji 8 godzin, w tym samego pisania było 5 godzin.
1 godzina – czytanie transkrypcji tekstu (ok. 100 tys. znaków) po to, żeby sprawdzić wątki rozmowy, od razu poukładać sobie w głowie, co do czego pasuje, czy są fragmenty, które od razu można wyrzucić, czy są takie, które w trakcie czytania wydają mi się szczególnie ważne. Takie czytanie daje mi wyobrażenie o tym, co mam i jak mi się będzie z tym materiałem pracowało. Myślę od razu o organizacji całości, strukturze, kolejności wątków. Bo wywiad – gdyby ktoś nie wiedział – nie jest chronologicznym zapisem rozmowy. Owszem, z czasem dochodzi się do takiej wprawy, że można pokierować rozmową tak, by od razu układała się w całość. Coraz częściej pierwsze pytanie wywiadu jest rzeczywiście tym pytaniem, które zadałam w czasie rozmowy z bohaterem. Równie dobrze może być jednak tak, że ostatnie pytanie staje się tym pierwszym.

4 godziny – redagowanie, czyli fragment po fragmencie poprawiam tekst stylistycznie, skracam, przestawiam. Czasem idzie gładko, czasem na czymś utknę. Jak utykam na długo, porzucam ten fragment i przeskakuję do następnego. Jako pierwszy redagowałam wywiad z Moniką Jurczyk, który zrobiłam chyba już miesiąc temu. Pamiętałam bardzo dobrze początek rozmowy, że tam było największe flow i najważniejsze (przynajmniej dla mnie) tematy. Spisany tekst to potwierdził. Pierwsze 15 tys. znaków redagowało mi się więc gładko. Potem utknęłam na zbyt gwałtownym przejściu między wątkami, więc opuściłam te fragmenty i poszłam dalej. Pod ręką miałam kartkę, na której notowałam pytania, jeśli mi przyszły do głowy, o które warto byłoby uzupełnić tekst. A propos tych pytań. Zanim usiadłam do wywiadu, miałam wrażenie, że będę musiała Monikę przepytać jeszcze z wielu kwestii, bo chociaż rozmawiałyśmy długo, miałam ciągle niedosyt. Jednak w czasie czytania całości doszłam do wniosku, że wcale nie muszę dużo dopytywać, bo przecież i tak nie zmieszczę w jednym wywiadzie tego wszystkiego, o czym Monika napisała trzy książki, pewnie kilkaset artykułów i nagrała kilkadziesiąt filmów.

Efekt tych 5 godzin to ok. 24 tys. znaków (ok. 8 stron w komputerze) wstępnie zredagowanego tekstu. Wstępnie, bo chociaż staram się to robić od razu dobrze, to czasem świadomie nie doszlifowuję na tym etapie, żeby nie tracić czasu, tylko żeby jak najszybciej mieć całość materiału przed sobą do dalszej obróbki. Pomijając tę pierwszą godzinę czytania, wychodzi średnia redagowania 2 strony na godzinę. To jest bardzo dobre tempo. Jeśli utrzymam je to za dzień-dwa dojadę z tekstem do końca. Potem kolejny dzień spędzę na ponownym redagowaniu całości. Jeśli okaże się potrzebne dopytanie o jakieś kwestie, to trzeba dorzucić jeszcze kolejny dzień. Potem „leżakowanie” tekstu, znowu poprawki i wysyłam do autoryzacji.

A na co poszły pozostałe trzy godziny z ośmiogodzinnego dnia pracy? Proszę bardzo:
1 godzina – tyle zajęły mi łącznie przerwy, na kawę, toaletę, internetowe rozpraszacze i patrzenie przez okno, żeby oczy odpoczęły od komputera. Przerwę ok. 10-15 minut robię mniej więcej co godzinę. Ponieważ mam uraz stopy i nie mogę chodzić, przerwy są bardzo pasywne, niestety.

1 godzina – social media. Tak, tak, to też jest element książki. Wymieniałam się wiadomościami z osobami, które pisały do mnie z propozycjami tytułów książki, bo tytuł jest ciągle w trakcie wymyślania. Nagrałam też instastory o tym, że spisywanie jest okropne i że nie robię tego sama, tylko zlecam.

1 godzina – rozmowa z przyjaciółką. Zadzwoniła w sprawie kompletnie nieksiążkowej, ale i o pisaniu sobie pogadałyśmy, i o Drodze Artysty, i o mojej niedokończonej powieści, niedokończonym zbiorze opowiadań, prokrastynacji, deadlinach, i o tym, jak się to ma do tego, co robię w tej chwili.

Dajcie znać, czy kulisy takiej pracy są dla Was ciekawe, i czego chcielibyście się dowiedzieć w tej materii, jaką jest pisanie i wydawanie książek.


A tymczasem „Mocne rozmowy” są w przedsprzedaży. Można też pobrać bezpłatny fragment: TUTAJ