Aneta Pondo » Blog Archive » Sukces moimi oczami Sukces moimi oczami – Aneta Pondo
17 sierpnia 2016archiwum, artykuly / wywiadyAneta Pondo 1 Komentarzy

Sporo osób poleca sobie ten wywiad ze mną i każdy znajduje w nim coś innego. Ewa napisała: „Miałam przyjemność poznać Anetę x lat temu na jogicznych wakacjach… Dziś odnalazłam w Jej słowach właśnie to, co mi na dziś bardzo potrzebne” i jeszcze „Aneta! Dziękuje! Jakże mi dziś te Twoje słowa potrzebne… dziś dotarłam do wywiadu i pierwsza myśl… szkoda, że tak rzadko pozwalasz przepytywać Siebie!”. A Kasia: „Genialny wywiad z Anetą. Położył mnie na łopatki. Aneta dziękuję za Twoją mądrość. Polecam Wam do przeczytania, do końca”. Gosia: „Chyba nareszcie zrozumiałam, co Cię napędza”. Wywiad  przeprowadziła parę miesięcy temu Gabriela Błażejczyk – Ignatowska do swojego czasopisma „Nasze życie bez granic”. No to jak ktoś chce mnie trochę poznać, niech czyta:)

Miarą sukcesu jest wewnętrzna siła realizacji marzeń

Aneta Pondo – kobieta sukcesu, dla której wyznacznikiem spełnienia jest realizacja własnej pasji, będącej jednocześnie pracą. Dzięki marzeniom, determinacji i ciężkiej pracy osiągnęła szczyt. Właścicielka i redaktor naczelna krakowskiego dwumiesięcznika dla kobiet.

1. Czym dla Pani jest praca?

Praca jest częścią mojego życia. Mam niebywałe szczęście, że robię to, co lubię. Chodzę do pracy z przyjemnością, a nie po to, żeby odsiedzieć osiem godzin. Mam pracę, którą sobie sama wybrałam i zorganizowałam. Prowadzenie czasopisma i dziennikarstwo jest ciągłym rozwojem, poznawaniem nowych ludzi, nieustanną przygodą.

2. Jak zdefiniowałaby Pani pojęcie pasja?

Pasja jest darem, jest talentem, jest czymś, co każdy ma, tylko nie każdy jeszcze odkrył. Dla jednego pasją jest prowadzenie wykładów dla kilkuset osób, dla innego samotne sadzeniem kwiatów w ogrodzie. Dziś wiele talentów umiera, zanim rozkwitną, gdyż ciągle się porównujemy z innymi i wydaje nam się, że powinniśmy robić to, co głoszą najnowsze trendy. Myślimy, skoro on świetnie prowadzi blog i na tym zarabia, ja też to muszę robić. Skoro on biega, ja też muszę biegać. Skoro on tak designersko wyposażył swoje mieszkanie, ja też muszę. Nie, nie musisz. Co więcej, nie powinieneś. To, co daje przyjemność jednemu, inną osobę może unieszczęśliwić. Każdy ma niepowtarzalny talent. Jeśli go odkryjesz, a nawet jeśli choć trochę się do niego zbliżysz, to poczujesz smak sukcesu i przestaniesz pracować, bo praca stanie się twoją pasją.

3. Co według Pani jest wyznacznikiem sukcesu?

Sukces to akceptacja, że wszystko jest takie, jak ma być. Sukces to zadowolenie z przeżytego dnia i z siebie. Sukces to poczucie, że robimy coś dobrego dla siebie i dla świata. Nie jest więc sukcesem stan konta, ani prestiż, ani sława, bo to są najbardziej ulotne rzeczy z możliwych. Kryje się za nimi najczęściej lęk, że się to utraci, że jakiś interes się nie powiedzie albo co gorsza, że inni odkryją, że wcale nie jesteśmy tak dobrzy, jak im to od lat pokazujemy.

Prawdziwego człowieka sukcesu można poznać po tym, że jest mu dobrze z tym co ma, że nie musi się afiszować z każdą czynnością, którą wykonuje, a która mogłaby mu przysporzyć nowych wielbicieli. Największymi ludźmi sukcesu są dla mnie ci, którzy inspirują innych, czynią dobro i nie wszystko mają na sprzedaż.

4. Co Panią motywuje do działania?

Działanie jest kwestią wyboru. Jeśli wybierasz, że coś chcesz zrobić, coś osiągnąć, to już potem nie zastanawiasz cię, co cię motywuje, by codziennie rano wstać z łóżka i to zrobić. Dużo ludzi strasznie chciałoby coś zrobić, coś zmienić w życiu i ciągle szuka codziennych zewnętrznych motywatorów, a motywację powinni znaleźć w sobie. Mówi się o osobach uzależnionych, że dopóki chcą przestać pić, palić, brać narkotyki itp. dla kogoś, dopóty im się to nie uda. Jednak jeśli podejmą decyzję, że robią to da siebie, wtedy tak – wtedy mają szanse na prawdziwą zmianę. Trudno tak naprawdę powiedzieć, co mnie motywuje, ale wiem, co sprawia, że wykonuję założoną pracę. Deadliny.

Jestem nieuleczalnym deadlinowcem i spiętrzam za dużo zadań przed godziną zero. Być może, gdyby nie gazeta i deadliny, byłabym nieuleczalnym perfekcjonistą, który musi doszlifować każde zdanie wywiadu zanim odda do druku. Owszem, szlifuję frazy, ale dzięki deadlinom nie robię tego w nieskończoność. Tak, deadliny to doskonały lek na perfekcjonizm.

5. Jak radzi sobie Pani ze strachem przed porażką?

Przez wiele lat potwornie się bałam, choć o tym kompletnie nie wiedziałam. Jest to moje wielkie odkrycie, że można się bać i o tym nie wiedzieć. Lęki te przykryte były zewnętrznym sukcesem, czyli tym, że założyłam firmę, która świetnie się rozwijała. Zresztą samo założenie czasopisma, bez kapitału, w pojedynkę, było odważną decyzją. Podświadomie bałam się, że coś pójdzie nie tak, że jestem niewystarczająco dobra, to są, można powiedzieć, normalne lęki młodego biznesmena, ale pod nimi jest jeszcze głębsza warstwa: czy to co robię jest dobre?, czy się innym spodoba?, czyli czy inni mnie będą lubić. Na samym dole kryją się fundamentalne pytania, czy akceptuję, lubię, kocham na tyle siebie i życie, czy mam do niego zaufanie, by nie musieć się bać.

Dziś boję się coraz mniej. Chyba nawet jestem chwilowo w takim stanie, że mogłabym powiedzieć, nie boję się niczego. Nie ma to nic wspólnego z tym, jak się rozwija firma, nie ma to nic wspólnego z sytuacją zewnętrzną, ale ze zmianą we mnie. Każda zmiana zaczyna się od nas, to jest dla mnie oczywiste.
Poza tym, co to jest porażka? To jakiś kolejny wymysł umysłu. Jeśli nie uda się to, co zaplanowałam, to zrobię coś innego. Porażka nigdy nie jest porażką, jest etapem, nauką, sygnałem. Najczęściej porażka ratuje firmę, tak jak choroba ratuje życie, co brzmi jak paradoks, ale każdy kto choć trochę liznął tzw. rozwoju osobistego wie, o czym mówię.

Reasumując – nie radzę sobie ze strachem przed porażką w skali – nazwijmy to globalnej, czyli związanej z przyszłością mojej firmy, bo go nie mam. W mniejszej skali, gdy coś nie wychodzi, to zakładam, że tak miało być, przyjmuje to ze spokojem, a wtedy zawsze w miejsce tego, co nie wyszło, pojawia się lepsza opcja. Przykładowo, gwiazda, która miała być na okładce mojego dwumiesięcznika, zachorowała, przełożyła termin wywiadu lub sesji, coś się stało takiego, że jej nie będzie. Nigdy nie panikuję w takich sytuacjach, nawet, gdy wydaje się podbramkowa, bo do oddania gazety do druku zostaje niewiele czasu. Biorę wtedy głęboki oddech, aby wyłączyć głowę i otwieram się na inne rozwiązanie, bez scenariuszy i wymyślania jakie to rozwiązanie ma być. Nie ja mam je wymyślić, ja mam je tylko dostrzec, i rozwiązanie przychodzi bardzo szybko, w tym przypadku w postaci maila od menedżera innej gwiazdy, która np. właśnie wydała płytę i marzy o wywiadzie u nas.
Założeniem pozbycia się lęku przed porażką jest pozbycie się lęku przed życiem w ogóle. Trzeba zaufać, że świat ma zawsze dla nas najlepsze rozwiązanie, nawet gdy na pozór to, co nam oferuje wydaje się przeczyć zdrowemu rozsądkowi.
Na wszelkie strachy dobry jest też sen, spacer, bieganie, joga, medytacja, zabawa z dzieckiem, kawa z przyjaciółką. Długo mogłabym wymieniać, bo dla każdego może to być coś innego, ale chodzi o jedno – o spojrzenie na swój problem z innej perspektywy.

6. Czy według Pani da się połączyć pracę z życiem osobistym?

Oczywiście, ze da się. Ja to robię i mnóstwo kobiet, które znam, także. Mówi się, że mężczyznom jest łatwiej, bo większa odpowiedzialność za wychowanie dzieci spoczywa na kobietach. Ja patrzę z perspektywy kobiety i mam wrażenie, że za dużo w nas poczucia winy, które my matki mamy w związku z naszą pracą i wychowaniem dzieci. Czujemy się winne, że nie jesteśmy dość dobrymi matkami i nie dość dużo czasu spędzamy z dziećmi. Takie rozdarcie będzie zawsze. Nie da się go uniknąć. Mnie to poczucie winy też raz po raz dopada. Jednocześnie wiem, że jestem dla moich dzieci najlepszą matką, jaką mogą mieć, a na intensywniejszy kontakt z dzieckiem mam tylko jedną receptę, dotyczy ona tak samo kobiet, jak i mężczyzn. Kiedy jesteś z dzieckiem, to nawet gdyby miała to być tylko godzina dziennie, ba, nawet dziesięć minut, to bądź z nim. Tylko z nim, a nie ze swoją pracą i problemami w głowie.

Dziecko jest najlepszym testerem tego, czy rozumiemy i stosujemy ideę bycia tu i teraz. Ono wie, czy jak się uśmiechasz, to naprawdę, czy jest to tylko układ mięśni na twarzy, podczas gdy w głowie układasz plan rozmowy z szefem lub pracownikiem. Kiedy dziecko wyczuwa, że jesteś gdzieś indziej, zaczyna się złościć, robić rzeczy tzw. nieakceptowalne, żeby wymusić na tobie większą uwagę. Oczywiście ty wtedy też się złościsz, i masz w dodatku żal, czy wręcz obrażasz się na dziecko, że jak to, ty taki zmęczony, poświęcasz dziecku czas, a ono zamiast się cieszyć, marudzi. Bądź ze sobą uczciwy – czy naprawdę jesteś z nim w tym momencie?

W godzeniu życia zawodowego z osobistym potrzebne jest partnerstwo w związku. Ja je mam. Bez tego byłabym prawdopodobnie w innym miejscu. Ale znam też kobiety, które samotnie wychowują dzieci i osiągają sukces. Są dla mnie bohaterkami, heroinami. Składam wobec nich głęboki ukłon szacunku, że tę odpowiedzialność, jaką jest wychowanie człowieka, niosą same.

7. Jak się Pani czuje osiągnąwszy sukces?

Czuję się tak jak się czułam wcześniej. Normalnie. Robię swoje. Pani nazywa mnie kobietą sukcesu i robi ze mną o tym wywiad, ale ja siebie tak nie definiuję, nigdy nie planowałam, że będę kobietą sukcesu i nie poczułam, ani nie zakomunikowałam wszem i wobec pewnego dnia, że się nią stałam. W pewnym momencie po prostu tak zaczęłam być postrzegana.

8. Czy sukces ma swoje ciemne strony?

Zależy jak zdefiniowany, jeśli tak, jak ja to zrobiłam wcześniej, że jest to satysfakcja z tego co się robi i poczucie, że jest to najwłaściwsza dla nas rzecz pod słońcem, to nie ma. Jeżeli jest to natomiast sukces pozorny, czyli wymagający widzialnych, zewnętrznych atrybutów, w postaci pieniędzy, samochodów, dobrego biura, wakacji all inclusive i różnych innych oznak prestiżu, to ciemnych stron jest bardzo dużo. Stres, choroby, nieudane życie rodzinne. Największym zagrożeniem jest stanie się niewolnikiem swojego wizerunku człowieka sukcesu.

9. Co według Pani stanowi klucz do sukcesu?

Rozwój. To jest klucz. Jeśli człowiek się rozwija, poszukuje, to trafi na to, czego robienie przychodzi mu z łatwością, co przekuje w sukces i satysfakcjonujące, szczęśliwe życie. Przy czym rozwój nie oznacza dla mnie zdobywanie kolejnych narzędzi i umiejętności przydatnych w pracy i wspinaniu się po kolejnych szczeblach kariery. Myślę o rozwoju osobistym, o zdobywaniu umiejętności życia. Mamy w tej chwili bogactwo metod i warsztatów, które pomagają w tym, dla wielu osób, szczególnie tych wkraczających w kryzys wieku, rozwojem okazuje się psychoterapia. Cokolwiek to będzie, czasem wymaga to lat zdzierania kolejnych warstw starych nawyków i sposobów myślenia, a czasem jest to jeden strzał, który potrafi w pięć minut przeorać dogłębnie świadomość.

U mnie rozwój rozpisany był na lata. Zaczęło się od odkrywania potencjału przez ciało – od jogi. Potem była ayurweda i świadome żywienie, aż wreszcie ustawienia hellingerowskie, warsztaty dwupunktu, poznawanie wielu innych metod i odkrycie medytacji, która jest lekarstwem na wszystko.

10. Jakie ma Pani plany na przyszłość?

Nie mam. Kiedy na pytanie, co chciałabym w życiu robić, odpowiedziałam sobie – rozwijać markę czasopisma, to wytyczyło mi ogólny kierunek działań. Reszta dzieje się sama, a ja za tym podążam. W ramach, które określa moje hasło wiodące „Przyszłość zależy od nas”, jest wiele rzeczy: wydawanie czasopisma, rozwijanie portalu, organizowanie spotkań i warsztatów dla kobiet, różne działania, by kobiety uwierzyły, że są siłą sprawczą i że od nich naprawdę wszystko zależy. Mówiąc „wszystko” mam nam myśli przyszłość świata, choć wiem, że brzmi to straszenie górnolotnie. Nie mam natomiast szczegółowych, długoterminowych planów. Rytm codziennej pracy wyznaczają mi deadliny oddania mojego czasopisma do druku, spotkań Klubu, zredagowania lub napisania kolejnej książki. Różne pomysły dojrzewają w przestrzeni wokół mnie i realizuję je wtedy, gdy jestem do nich gotowa, a nie dlatego, że zapisałam je w kalendarzu.

11. Jaka jest Pani rada dla tych, którzy chcą osiągnąć sukces?

Odnaleźć to co się kocha i zacząć to robić.
Wierzę, że przyszłość zależy od nas. Ode mnie, od ciebie, ale zmianę musisz zacząć od siebie. Nie zmienisz męża czy żony, dziecka, szefa, a co dopiero świata, próbą naprawiania go. Jest to za duże zadanie i nie jesteś Bogiem, by uzurpować sobie do tego prawo. Możesz zmienić to, na co masz wpływ, czyli siebie, to co robisz, co myślisz, co mówisz, a zmiana w tobie zmienia wszystko dookoła. Nie jest to magia, to rzeczywistość.

Rozmawiała Gabriela Ignatowska-Błażejczyk. Wywiad ukazał się w czasopiśmie Nasze życie bez granic

Aneta Pondo Przedsiębiorcza kobieta

Zdjęcie zrobione parę lat temu (teraz „Miasto Kobiet” ma inne logo, a ja parę lat więcej) w ramach projektu „Kobieta Przedsiębiorcza”. Z całej sesji ta fota jest niezmiennie moją ulubioną. „Józek” czyli nagi akt męski nadal wisi u nas w redakcji  na ścianie, czerwone ufo, pamiątka po Ryśku Bałysie, gra na moim biurku, a Renia nieustająco pracuje w Mieście Kobiet (fot. Łukasz Gawroński)

Follow me!

'Jedna odpowiedź to “Sukces moimi oczami”'
  1. Hejka pisze:

    Kochana, powinnaś częściej przemawiać własnym głosem, a nie tylko przepytywać innych. Buziaki.

Napisz komentarz