Aneta Pondo » Blog Archive » Droga Artysty – o szukaniu wody na pustyni Droga Artysty – o szukaniu wody na pustyni – Aneta Pondo

Dziś o tym, że nie da się napisać książki, gdy jest się zablokowanym artystą

Czy macie książki, w których podkreślacie co drugie zdanie, tak bardzo jest Wasze, a przy niektórych nawet piszecie na marginesach: „O, to moje!”? Ja mam.

Zobaczcie tych kilka fragmentów:

Zdaniem perfekcjonisty zawsze jest co poprawiać. Perfekcjonista nazywa to pokorą. W rzeczywistości jest to egocentryzm. Pycha sprawia, że chcemy napisać scenariusz idealny, namalować idealny obraz, wygłosić idealny monolog.

Wielu z nas odkrywa, że trwoniliśmy twórczą energię, inwestując nieproporcjonalnie dużo w cudze życie, cudze nadzieje, marzenia i plany.

Artysta zablokowany nie potrafi zaczynać od dziecięcych kroczków. Od razu myśli o wielkich, niewykonalnych zadaniach: powieści, filmie pełnometrażowym, monodramie, operze.

Wystarczy usunąć blokady, a kanały napełnią się same.

Droga Artysty

To fragmenty z „Drogi Artysty” Julii Cameron, książki w moim przekonaniu kultowej, nie tylko w środowisku zablokowanych artystów, lecz po prostu wszystkich ludzi, którzy na jakimś etapie życia pragną tchnąć w nie odrobinę kreatywności. Ta „odrobina” po przejściu przez zaproponowany przez Julię Cameron proces, może okazać się wulkanem.

Droga Artysty to 12-tygodniowy program odzyskiwania twórczej mocy, budzenia zakopanych talentów, to głęboka wiwisekcja tego, co blokuje autentyczność w wyrażaniu siebie. Nie pamiętam dokładnie, kiedy ją kupiłam. Odstała swoje na półce. Gdy przeczytałam początek, byłam tak oszołomiona, że ze strachu odłożyłam ją z powrotem, bo a nuż to, co ona obiecuje może się spełnić?

Cameron dla odblokowania twórczej energii, a potem dla podtrzymania ciągłego twórczego ognia, zaproponowała dwa narzędzia: poranne strony i artystyczne randki.
Poranne strony są codziennym strumieniem świadomości, od którego zaczynamy dzień. To trzy zapisane odręcznie strony artystycznej medytacji i przedzierania się przez wewnętrznego cenzora i krytyka. To mapa wewnętrznego krajobrazu, umożliwiająca na pewnym etapie odróżnienie prawdziwych uczuć od codziennej ściemy, którą prezentujemy nie tylko światu, ale i sobie (na marginesie: idealnie się pisze poranne strony w notesach Fundacji Miasto Kobiet, które uczestniczki kupują na Klubach Miasto Kobiet jako cegiełki).
Artystyczna randka jest dokarmianiem wewnętrznego artysty – raz w tygodniu, przez godzinę lub dwie, w sposób intencjonalny i świadomy. Może być wizytą w muzeum, sklepie ze starociami lub długim spacerem po lesie. Jest czasem na relaks, zabawę i inspirację.

Kurs twórczego odrodzenia obliczony jest na 12 tygodni. Za to poranne strony i artystyczne randki są zadaniem na… całe życie.

Nie jestem konsekwentna w podążaniu Drogą Artysty. Z porannych stron „wyrzuca” mnie na ogół po 2-3 tygodniach (z braku czasu, hahahaha, wiadomo, że to najbardziej nieprawdziwa wymówka pod słońcem) i potrzebuję kolejnych kilku dni, tygodni, a czasem miesięcy, by do nich powrócić. Cameron podpowiada, dlaczego tak się może dziać:

Latami obserwując ludzi odrabiających poranne strony, zauważyłam, że wielu z nich zaniedbuje je lub porzuca, ilekroć zaczyna się z nich wyłaniać jakaś nieprzyjemna prawda.

Z artystycznymi randkami jest jeszcze gorzej. Nie mam ich zaplanowanych, nie mam ich zapisanych w kalendarzu.
Całość procesu obliczoną na 3 miesiące robię już, z wielomiesięcznymi przerwami, trzeci rok! Aktualnie zaczynam 11 tydzień, przedostatni. Ciekawe na jak długo w nim utknę.

Droga Artysty jest tak ważną książką, że opowiadałabym o niej każdemu, gdyby nie przeświadczenie, że na pewno każdy ją zna i że każdy ten proces przeszedł lub przynajmniej spróbował. Co jest oczywiście nieprawdą. Znajomi, którzy zarazili się ode mnie Drogą Artysty, albo dzielnie krok po kroku, tydzień po tygodniu przerabiają wszytko, albo poprzestali na pierwszych dwóch rozdziałach.

Moje przebudzenie Artysty

A co przez te niemal trzy lata ja zrobiłam dla siebie artystycznie? Czyli – czy ta książka działa?

Moje przebudzenie Artysty zaczęło się nie od Julii Cameron, ale od wyjazdu na Balii we wrześniu trzy lata temu. W czasie dwóch tygodni ciągłych olśnień zrozumiałam, że jestem Artystą, a nie rzemieślnikiem, że naprawdę KREUJĘ, a ta kreacja odnosi się do każdego aspektu życia. Jestem jednak przekonana, że „Droga Artysty” już wtedy wołała do mnie z półki i to ona pomogła mi przekuć twórczy pobalijski haj w konkret.
Nieco ponad pół roku później zdecydowałam, że czas zacząć pisać, ale nie formy dziennikarskie, jak do tej pory, i nie książki, będące przedłużeniem tych form, bo wywiad-rzeka, moja pierwsza książka napisana dokładnie 6 lat temu („Ilona Felicjańska. Cała prawda…”) to przecież wywiad, tylko że nie na 3 strony, a 300. Książki, które pisałam jako ghostwriter też pozostają w kategorii non-fiction.
A ja postanowiłam, że czas na powieść, bo pewnie wiecie, że każdy z nas nosi w sobie historię, która domaga się zaistnienia i ta moja rozpychała się już okropnie, żeby ją opowiedzieć. Gdy zaczęłam pisać, zobaczyłam ogłoszenie o naborze na kurs pisania powieści obyczajowej organizowany przez Kraków Miasto Literatury UNESCO [to się nazywa: SYNCHRONIZACJA]. Napisałam tekst konkursowy i zakwalifikowałam się. Przez pół roku rozwijałam swoje kompetencje w pisaniu i przy okazji budowałam pisarskie plemię (spotykamy się do dzisiaj). Tak mi się spodobało uczenie się warsztatu pisarskiego, że rok później poszłam na podobny kurs, tym razem pisania reportażu. Przy okazji, teraz trwa nabór do kolejnej edycji! Do 11 sierpnia trzeba przysłać pracę konkursową. Zobaczcie: Kurs pisania powieści

A co z moim pisaniem? Powieść porzuciłam. Trudno się pisze, gdy jednocześnie nie ubywa normalnej pracy, a przecież mam firmę i zarządzam fundacją (wydaję 6 numerów czasopisma „Miasto Kobiet” w roku, organizuję 6 Klubów Miasta Kobiet w roku, jeden duży festiwal plus realizuję wiele pomniejszych zadań i mam przy tym wszystkim jeszcze życie prywatne). Tak naprawdę jednak, chyba jeszcze nie byłam gotowa na tę powieść. Zaczęłam więc pisać opowiadania, które pół roku temu też… porzuciłam.

To jednak złe słowo „porzuciłam”. Zawiesiłam je w czasie, bo… i tu może być opowieść na całą noc o: priorytetach, prokrastynacji, perfekcjonizmie i pracoholizmie, lękach, prawdziwych powodach, dla których łatwiej mi napisać świetną książkę pod cudzym nazwiskiem niż pod własnym, jednak… nie mamy całej nocy.

Wiosną, jakiś czas po zawieszeniu opowiadań (a może ja po prostu szybko się nudzę, i potrzebuję nowych wyzwań, hm… do przemyślenia), wróciłam po długiej przerwie do Drogi Artysty. Rozpoczęłam tydzień siódmy (przyjęłam zasadę, że nawet jak nie przerobiłam dobrze wcześniejszych zadań, nie zatrzymuję się już na nich, tylko idę dalej). A tam od razu fragment, przy czytaniu którego wręcz słyszałam, jaki mi klika w głowie, jakby te zdania były kluczem, który otwiera drzwi do nowych przestrzeni.

Sztuka nie polega na wymyślaniu [KLIK]. Przeciwnie, jest przyjmowaniem tego, co do nas dociera [KIK]. Ta różnica jest bardzo istotna.
Jeśli staramy się coś wymyślić, wytężamy się, by dosięgnąć coś poza naszym zasięgiem, będące „gdzieś tam, w stratosferze, na wyżynach, gdzie mieszka sztuka…” [KLIK] Przyjmujemy natomiast bez żadnego wysiłku [KLIK]. Nic nie robimy – otrzymujemy. Działa ktoś innych (albo coś innego). Zamiast sięgać po coś, znajdować – zajmujemy się słuchaniem [KLIK, KLIK, KLIK]

Poczułam, że biegałam po pustyni w poszukiwaniu wody, nie zauważywszy, że mieszkam wśród drzew, nad samym źródłem!
Zaklikało w mojej głowie, że z tego oto źródła u mych stóp, wylewa się rzeka WYWIADÓW i woła – weź mnie, zaczerpnij, napij się, NAPISZ.
Zabawne, że ten koncept miałam w głowie od dawna (czyżby wydawał mi się za prosty, hm…, nie wymagający takiego znoju twórczego, takiego hm… zaharowywania się?], ale stłamsiłam go tematem bardziej wzniosłym – powieścią (napiszę ją, jestem pewna, gdy krople rozsiane po pustyni zmienią się w strumień). Nawet na Bali, tym pierwszym, sprzed trzech lat, pamiętam, jak opowiadałam jednej z uczestniczek wyprawy, że planuję napisać książkę o kobietach mocy. Pamiętasz Kaja? Szłyśmy nocą przez Monkey Forest Street, a ja opowiadałam Ci o książce. Miałam nawet połowę jej bohaterek w głowie.
Do tej książki właśnie wróciłam teraz! Do tego strumienia weszłam, chociaż z innymi bohaterami i w nieco zmienionej scenografii.
Gdy już klikanie w głowie ustało narodziły się MOCNE ROZMOWY. Postanowiłam, że ponieważ pod koniec roku będziemy obchodzić pięciolecie Klubu Miasta Kobiet, zrobię wywiady z 5 wybranymi kobietami (ostatecznie jest też jeden mężczyzna), które były gościniami specjalnymi codwumiesięcznych spotkań Klubu Miasta Kobiet, kobietami (i mężczyzną), które mnie inspirują (więc zakładam, że inspirują też rzesze innych osób), które wykonują świetną pracę na rzecz piękniejszego świata.
To był impuls – ZROBIĘ TO, ale wiele tego typu impulsów u mnie wygasa. Ten na szczęście jest zakotwiczony w konkrecie, że 5-lecie, że deadline, że nie da się przesunąć na inny termin. Żeby temat „zaklepać” i nie uciec od niego (że jednak nie mam czasu, że to za dużo pracy, że przecież mamy jesienią obchody 15-lecia Miasta Kobiet, więc kolejny projekt to za dużo), opowiedziałam o pomyśle dziewczynom w redakcji.
Żeby „zaklepać” jeszcze bardziej i uczynić projekt niewycofywalnym, zadzwoniłam do pierwszej rozmówczyni i spytałam, czy chce zostać bohaterką mojej książki. Chciała, więc nie było odwrotu. Bo ja, proszę państwa, działam tylko, jak mam deadliny!
Postanowiłam też, że nie będę wywierać na siebie presji, by zrobić tę książkę perfekcyjnie, bo Paul Gardner powiedział (cytuję za Julia Cameron):

Obraz nigdy nie jest ukończony. On po prostu zatrzymuje się w interesującym miejscu.

Pamiętam, że Haruki Murakami w „Zawód: powieściopisarz” pisał podobnie o swoim pisaniu, że aby być uczciwym wobec czytelnika pisze książki, które nie są idealne, ale są idealne na ten moment, w którym on jest, na te narzędzia i umiejętności, które on na danym etapie życia i twórczego rozwoju posiada. Więc ja też zrobię najlepiej jak potrafię na ten moment. I przecież mam podstawy przypuszczać, że zrobię to bardzo dobrze, skoro wywiady piszę od lat piętnastu i skoro napisałam już książkę wywiad-rzekę.

Trzy zakończenia

Zakończenie 1:
Wiem, trochę wiem, że tak czy owak ta książka – chociaż jest czerpaniem ze źródła, które bije obok – jest mimo wszystko ucieczką od powieści, która czeka aż przełamię barierę wstydu, bo przecież nawet, gdy piszemy fikcję, to piszemy o sobie. A książka z wywiadami jest BEZPIECZNA, nie wystawiam siebie aż tak bardzo na widok, bo ukrywam się za moimi bohaterami. Oni są w tej książce najważniejsi. Ja tylko z nimi… rozmawiam.

Zakończenie 2:
O Drodze Artysty i ludziach, którzy nią podążają, przeczytacie we wrześniu w Mieście Kobiet. Właśnie zleciłam tekst na ten temat Justynie Kokoszenko. Portal Miasto Kobiet, znacie, prawda? MiastoKobiet.pl

Zakończenie 3:
Opowieści lubią klamry, prawda? Pisałam o swoim przebudzenie Artysty na Bali. W czasie pierwszego pobytu jesienią 2016 roku, przy źródłach Tampaksirig i pod wodospadem Tegenungan stałam w wodzie z intencją, by wrócić na tę wyspę wiosną. I czułam, że tak będzie. Czułam, to za mało, miałam pewność, że tak będzie. I po pół roku znów wylądowałam na Bali. Za drugim razem zniknęła moja klarowność, co do kolejnego wyjazdu. Próbowałam, ale wyspa mnie wypluwała (nawet dosłownie, bo wtedy, gdy miałam lecieć po raz kolejny, przebudził się na Bali wulkan Agung). Miałam jednak wizję, że następnym razem przylecę na Bali, gdy będę miała gotową książkę. I tak dokładnie będzie! W październiku, gdy lecę na Bali, książka będzie się drukowała.
Ach, przy okazji, jeśli chcesz lecieć na Bali ze mną – kliknij tutaj: Kobiece Przebudzenie na Bali

Zapiszcie się na listę osób, które chcą w pierwszej kolejności być poinformowani o terminie ukazania się książki i o spotkaniu ze mną i bohaterami książki. Chętnie wyślę Wam pod koniec sierpnia kilka fragmentów. Dużo jest ramek i słów w tej tabelce, ale sami rozumiecie, RODO 😉

Follow me!

Napisz komentarz